Biegam od ściany do ściany. Próbuję znaleźć wyjście. Nic z tego. Nie uwolnię się. Dotykam każdej cegły. Może uda mi się trafić na jakieś ukryte przejście. Szukam. Nic z tego. Opieram się o jedną ze ścian i osuwam się na ziemię. Płaczę. Nagle czuję w sobie moc. Skupiam się z całej siły. Podnoszę się. Czuję jak wypełnia mnie energia. Jakaś niezidentyfikowana materia. Przykładam ręce do ściany. Uderzam z całej siły. Ściana się kruszy. Jestem wolna. Prawie. Rozglądam się i ostrożnie wychodzę.
Dalej drogę pokonuję biegiem. Oby mnie nie dogonił. Inaczej mnie zabije. Słyszę kroki. Biegnę szybciej. Już blisko. Jeszcze trochę.
Czuję rękę na moim
ramieniu. Cisnął mną o ścianę. Zawyłam z bólu. Teraz już po
mnie. Zbliża się.
Jest ciemno. Świeci tylko kilka świec. Brunet
patrzy na mnie z rozbawieniem w oczach. Uśmiecha się. W blasku
światła błyszczą jego kły. Jest coraz bliżej.
Spróbowałam się
podnieść, pomimo okropnego bólu w prawej ręce. Chyba jest
złamana.
Skupiłam myśli na czym innym. Na rzeczach przyjemnych.
Nie udało mi się jednak.
Otworzyłam oczy. Stał przede mną.
Nadal się uśmiechał.
Musnął mój policzek. Potem szyję.
Poczułam ukłucie. Kły ! Wbił kły. Chłeptał krew zachłannie.
Czułam jak opuszczają mnie siły. Moją mocą była siła, która
teraz mnie opuszcza. Czuję się bezsilna.
Ostatnie co słyszę to
słowa chłopaka „wybacz mi, żyj na wieki”.
W jego głosie
usłyszałam smutek i radość.
Umarłam.
Świetnie piszesz. Naprawde mi się podoba.
OdpowiedzUsuńWpadnij czasem na mojego bloga
izagada.blogspot.com