sobota, 4 kwietnia 2015

Przebudzenie ~PROLOG~

Słyszę chuki. Bomby spadają jedna po drugiej. Przestałem walczyć. Nie ma dla nas szans.  Idą. Po mnie.  Biegiem pokonuję schody do piwnicy. Znajduję tam sznur, który zostawiłem wczorajszej nocy. Zawieszam go pod sufitem, na starej belce. Zakładam linę na szyję i odsuwam krzesło. Wiszę. Duszę się. Nie dam się torturować wrogom. Wolę zginąć z własnej ręki, niż być  molestowanym, przez rządzących pedofilii. Walczyłem o wolność, nie pozwolę się  poniewierać.   Kończy mi się tlen. Zamykam oczy. Przestaję się szarpać. Umieram. Ostatnie co słyszę to  trzask drzwi i przekleństwa nieprzyjaciela. Potem robi się jasno. Czuję spokój. W oddali widzę bramę, więc podążam w jej kierunku.  Nagle coś zaczyna lśnić, bardzo jasno, ale nie razi. To przyjemne światło zbliża się w moim  kierunku. Po chwili słyszę głos:  ­ Witaj synu ­ mówi. 
­ Czy to niebo, panie? ­ zapytałem.  ­ Owszem, lecz twoja droga się tutaj się nie kończy ­ odpowiedział. Nie wiedziałem co się  dzieje. 

~~~~~~~~~~~~~♡~~~~~~~~~~~~

niedziela, 18 stycznia 2015

Przysięga (prolog)




Biegam od ściany do ściany. Próbuję znaleźć wyjście. Nic z tego. Nie uwolnię się. Dotykam każdej cegły. Może uda mi się trafić na jakieś ukryte przejście. Szukam. Nic z tego. Opieram się o jedną ze ścian i osuwam się na ziemię. Płaczę. Nagle czuję w sobie moc. Skupiam się z całej siły. Podnoszę się. Czuję jak wypełnia mnie energia. Jakaś niezidentyfikowana materia. Przykładam ręce do ściany. Uderzam z całej siły. Ściana się kruszy. Jestem wolna. Prawie. Rozglądam się i ostrożnie wychodzę. 
Dalej drogę pokonuję biegiem. Oby mnie nie dogonił. Inaczej mnie zabije. Słyszę kroki. Biegnę szybciej. Już blisko. Jeszcze trochę. 
Czuję rękę na moim ramieniu. Cisnął mną o ścianę. Zawyłam z bólu. Teraz już po mnie. Zbliża się. 
Jest ciemno. Świeci tylko kilka świec. Brunet patrzy na mnie z rozbawieniem w oczach. Uśmiecha się. W blasku światła błyszczą jego kły. Jest coraz bliżej. 
Spróbowałam się podnieść, pomimo okropnego bólu w prawej ręce. Chyba jest złamana. 
Skupiłam myśli na czym innym. Na rzeczach przyjemnych. Nie udało mi się jednak. 
Otworzyłam oczy. Stał przede mną. Nadal się uśmiechał. 
Musnął mój policzek. Potem szyję. Poczułam ukłucie. Kły ! Wbił kły. Chłeptał krew zachłannie. 
Czułam jak opuszczają mnie siły. Moją mocą była siła, która teraz mnie opuszcza. Czuję się bezsilna. 
Ostatnie co słyszę to słowa chłopaka „wybacz mi, żyj na wieki”. 
W jego głosie usłyszałam smutek i radość.
 Umarłam.