Słyszę chuki. Bomby spadają jedna po drugiej. Przestałem walczyć. Nie ma dla nas szans. Idą. Po mnie. Biegiem pokonuję schody do piwnicy. Znajduję tam sznur, który zostawiłem wczorajszej nocy. Zawieszam go pod sufitem, na starej belce. Zakładam linę na szyję i odsuwam krzesło. Wiszę. Duszę się. Nie dam się torturować wrogom. Wolę zginąć z własnej ręki, niż być molestowanym, przez rządzących pedofilii. Walczyłem o wolność, nie pozwolę się poniewierać. Kończy mi się tlen. Zamykam oczy. Przestaję się szarpać. Umieram. Ostatnie co słyszę to trzask drzwi i przekleństwa nieprzyjaciela. Potem robi się jasno. Czuję spokój. W oddali widzę bramę, więc podążam w jej kierunku. Nagle coś zaczyna lśnić, bardzo jasno, ale nie razi. To przyjemne światło zbliża się w moim kierunku. Po chwili słyszę głos: Witaj synu mówi.
Czy to niebo, panie? zapytałem. Owszem, lecz twoja droga się tutaj się nie kończy odpowiedział. Nie wiedziałem co się dzieje.
~~~~~~~~~~~~~♡~~~~~~~~~~~~