niedziela, 18 stycznia 2015

Przysięga (prolog)




Biegam od ściany do ściany. Próbuję znaleźć wyjście. Nic z tego. Nie uwolnię się. Dotykam każdej cegły. Może uda mi się trafić na jakieś ukryte przejście. Szukam. Nic z tego. Opieram się o jedną ze ścian i osuwam się na ziemię. Płaczę. Nagle czuję w sobie moc. Skupiam się z całej siły. Podnoszę się. Czuję jak wypełnia mnie energia. Jakaś niezidentyfikowana materia. Przykładam ręce do ściany. Uderzam z całej siły. Ściana się kruszy. Jestem wolna. Prawie. Rozglądam się i ostrożnie wychodzę. 
Dalej drogę pokonuję biegiem. Oby mnie nie dogonił. Inaczej mnie zabije. Słyszę kroki. Biegnę szybciej. Już blisko. Jeszcze trochę. 
Czuję rękę na moim ramieniu. Cisnął mną o ścianę. Zawyłam z bólu. Teraz już po mnie. Zbliża się. 
Jest ciemno. Świeci tylko kilka świec. Brunet patrzy na mnie z rozbawieniem w oczach. Uśmiecha się. W blasku światła błyszczą jego kły. Jest coraz bliżej. 
Spróbowałam się podnieść, pomimo okropnego bólu w prawej ręce. Chyba jest złamana. 
Skupiłam myśli na czym innym. Na rzeczach przyjemnych. Nie udało mi się jednak. 
Otworzyłam oczy. Stał przede mną. Nadal się uśmiechał. 
Musnął mój policzek. Potem szyję. Poczułam ukłucie. Kły ! Wbił kły. Chłeptał krew zachłannie. 
Czułam jak opuszczają mnie siły. Moją mocą była siła, która teraz mnie opuszcza. Czuję się bezsilna. 
Ostatnie co słyszę to słowa chłopaka „wybacz mi, żyj na wieki”. 
W jego głosie usłyszałam smutek i radość.
 Umarłam.

1 komentarz:

  1. Świetnie piszesz. Naprawde mi się podoba.
    Wpadnij czasem na mojego bloga

    izagada.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń