sobota, 4 kwietnia 2015

Przebudzenie ~PROLOG~

Słyszę chuki. Bomby spadają jedna po drugiej. Przestałem walczyć. Nie ma dla nas szans.  Idą. Po mnie.  Biegiem pokonuję schody do piwnicy. Znajduję tam sznur, który zostawiłem wczorajszej nocy. Zawieszam go pod sufitem, na starej belce. Zakładam linę na szyję i odsuwam krzesło. Wiszę. Duszę się. Nie dam się torturować wrogom. Wolę zginąć z własnej ręki, niż być  molestowanym, przez rządzących pedofilii. Walczyłem o wolność, nie pozwolę się  poniewierać.   Kończy mi się tlen. Zamykam oczy. Przestaję się szarpać. Umieram. Ostatnie co słyszę to  trzask drzwi i przekleństwa nieprzyjaciela. Potem robi się jasno. Czuję spokój. W oddali widzę bramę, więc podążam w jej kierunku.  Nagle coś zaczyna lśnić, bardzo jasno, ale nie razi. To przyjemne światło zbliża się w moim  kierunku. Po chwili słyszę głos:  ­ Witaj synu ­ mówi. 
­ Czy to niebo, panie? ­ zapytałem.  ­ Owszem, lecz twoja droga się tutaj się nie kończy ­ odpowiedział. Nie wiedziałem co się  dzieje. 

~~~~~~~~~~~~~♡~~~~~~~~~~~~

niedziela, 18 stycznia 2015

Przysięga (prolog)




Biegam od ściany do ściany. Próbuję znaleźć wyjście. Nic z tego. Nie uwolnię się. Dotykam każdej cegły. Może uda mi się trafić na jakieś ukryte przejście. Szukam. Nic z tego. Opieram się o jedną ze ścian i osuwam się na ziemię. Płaczę. Nagle czuję w sobie moc. Skupiam się z całej siły. Podnoszę się. Czuję jak wypełnia mnie energia. Jakaś niezidentyfikowana materia. Przykładam ręce do ściany. Uderzam z całej siły. Ściana się kruszy. Jestem wolna. Prawie. Rozglądam się i ostrożnie wychodzę. 
Dalej drogę pokonuję biegiem. Oby mnie nie dogonił. Inaczej mnie zabije. Słyszę kroki. Biegnę szybciej. Już blisko. Jeszcze trochę. 
Czuję rękę na moim ramieniu. Cisnął mną o ścianę. Zawyłam z bólu. Teraz już po mnie. Zbliża się. 
Jest ciemno. Świeci tylko kilka świec. Brunet patrzy na mnie z rozbawieniem w oczach. Uśmiecha się. W blasku światła błyszczą jego kły. Jest coraz bliżej. 
Spróbowałam się podnieść, pomimo okropnego bólu w prawej ręce. Chyba jest złamana. 
Skupiłam myśli na czym innym. Na rzeczach przyjemnych. Nie udało mi się jednak. 
Otworzyłam oczy. Stał przede mną. Nadal się uśmiechał. 
Musnął mój policzek. Potem szyję. Poczułam ukłucie. Kły ! Wbił kły. Chłeptał krew zachłannie. 
Czułam jak opuszczają mnie siły. Moją mocą była siła, która teraz mnie opuszcza. Czuję się bezsilna. 
Ostatnie co słyszę to słowa chłopaka „wybacz mi, żyj na wieki”. 
W jego głosie usłyszałam smutek i radość.
 Umarłam.

sobota, 4 października 2014

Nieszczęśliwy wypadek...

Nic mi nie wychodzi ! Kompletnie nic. Szkoła, praca. Co się ze mną dzieje ? Od jakiegoś czasu coś ze mną nie tak. Codzienna migrena, zawroty głowy, często też wymiotuję i do tego mam dwie lewe ręce. Takie rzeczy mi się wcześniej nie przytrafiały !

 Właśnie wracam do domu. Jest wieczór, a powietrze rześkie i do tego z lekka ciepłe. Bardzo kojące. Spojrzałam w górę. Zawsze uwielbiałam oglądać gwiazdy na niebie. Są takie piękne. Zawsze wydawało mi się, że gdy rodzi się człowiek, rodzi się i gwiazda, a gdy człowiek umiera, to blask gwiazdy gaśnie na zawsze. Nagle potknęłam się i upadłam. Znowu. Chyba powinnam pójść do lekarza. No cóż umówię się na wizytę jak tylko jakoś dotrę do domu.

~~~~~~~~~tydzień później~~~~~~~~~~~~~~

 Nareszcie są wyniki badań. Na razie jestem spokojna. Wyszłam z domu i ruszyłam w stronę ośrodka zdrowia. Spokojnie idąc zaszłam w 10 minut. Weszłam do gabinetu lekarskiego.
- Dobry wieczór, jak się pani miewa ? - Zapytał lekarz.
- W porządku, dziękuję. - Odpowiedziałam grzecznie. - Przyszłam odebrać wyniki badań. - Mężczyzna westchnął.
- Tak myślałem.............nie mam dla pani zbyt dobrych wieści.
- To znaczy ?
- Niech pani usiądzie. - Zrobiłam tak jak poprosił.
- No więc, o co chodzi ?
- Wykryto u pani nowotwór, lecz ma pani szczęście bo jest on uleczalny, lecz za jakieś 2 tygodnie będzie w pełni stadium i nic już nie będzie można zrobić. - Patrzyłam się na blat stołu jak wryta. Nowotwór ? Dwa tygodnie ? Co takiego ?
- Czyli jak się nie poddam operacji to umrę ? - Zapytałam ze łzami w oczach.
- Tak, lecz do tego nie dojdzie, zajmę się tą sprawą i zrobię wszystko aby operacja została przeprowadzona.
- Dziękuję, do widzenia. - Powiedziałam na odchodnym.
 Musiałam szybko wyjść na zewnątrz. Łzy same cisnęły mi się do oczu. Zaczęłam biec w stronę parku.

Usiadłam na jednej z ławek i się rozpłakałam. To było silniejsze ode mnie. Podkuliłam nogi i schowałam w nich głowę. Usłyszałam jak ktoś siada koło mnie, lecz nie zwróciłam na to uwagi, nagle ten ktoś się zapytał :
- Co się stało ? - To był mężczyzna. Dobrze znany mi mężczyzna.
- Nic. - Odpowiedziałam wymijająco.
- Widziałem jak płakałaś.
- Nie interesuj się mną a tym bardziej moim życiem. - Spojrzałam na niego, spuściłam nogi i wytarłam oczy.
- Zobaczysz i tak będziesz moja sz*ato, tylko moja !
- Zapomnij ! Nigdy nie będę twoja ! I te obelgi wiesz gdzie sobie wsadź ! - Wstałam i chciałam odejść, lecz "mój" prześladowca złapał mnie za rękę. Wystraszyłam się. David był nieobliczalny. Mój były chłopak często mnie bił i mi ubliżał, więc od niego odeszłam, a on od tej pory nie daje mi spokoju.
- Właśnie, że będziesz ! - Powiedział przez zaciśnięte zęby. Brunet wstał, po czym złapał mnie jedną ręką za policzki i mocno ścisnął. - Jeśli ktokolwiek się do ciebie zbliży to go zabiję, ciebie również ! - Splunęłam mu na twarz, a on mnie spoliczkował tak mocno, że krzyknęłam i upadłam na ziemię. Gdy się obejrzałam z powrotem zastałam niecodzienny widok. David leżał na ziemi przyciskany przez jakiegoś kolesia. Był przystojny. Miał krótko obcięte, kasztanowe włosy i brązowe oczy.
- Dzwoń na policję. - Powiedział szatyn. David wiercił się i krzyczał aby tamten go puścił. Zadzwoniłam. Po pewnym czasie przyjechali funkcjonariusze. Złożyłam zeznanie po czym zabrali Davida. Obym go już więcej nie zobaczyła.

 - Dziękuję. - Powiedziałam do szatyna nawet nie wiedziałam jak ma na imię.
- Cała przyjemność po mojej stronie, nic ci się nie stało ? - Dotknęłam policzka. Jutro pewnie będzie siniak.
- Nie, wszystko w porządku, jestem Luna. - Podałam chłopakowi rękę, uścisnął ją. Jego dotyk był taki delikatny. Nie to co dotyk Davida.
- Luna ? Jak księżyc ? Piękne imię. Miło mi cię poznać, ja jestem Liam.
- Dziękuję, mi ciebie także miło poznać. Może dał byś się zaprosić na kawę czy herbatę ?
- Z wielką chęcią.
Rozmawialiśmy przez całą drogę do kawiarni, a potem nawet i w środku. Był bardzo miły i zabawny, tak dobrze się przy nim czułam. Nawet zapomniałam o mojej chorobie.
- Czemu nagle posmutniałaś ? - Zapytał Liam.
- Nic, już nic. - Spojrzał się na mnie badawczo z niedowierzaniem.
- Chodzi o tego kolesia co cię zaatakował ?
- Nie, nie o niego.
- Więc o co ?
- Jest pewna sprawa, o której dowiedziałam się dzisiaj.
- Nooo........?
- Mam raka, jeśli nie poddam się natychmiast operacji to umrę. - Łzy przysłoniły mi widok, lecz je powstrzymałam. Liam nic nie powiedział. Nagle wstał i mnie przytulił. Powiedział tylko, że wszystko będzie dobrze. W jego ramionach czułam jak bym znała go już bardzo długo. Czułam się bezpieczna. Wreszcie znalazłam kogoś kto mnie może zrozumieć. Po wyjściu z kawiarni odprowadził mnie do domu, po czym wymieniliśmy się numerami telefonów. Zasnęłam myśląc o wspaniałym mężczyźnie, który prawdopodobnie tego wieczora uratował moje życie.

 Następnego ranka wstałam, zjadłam szybkie śniadanie i zaczęłam szykować się na randkę z Liam'em. Tak ! Z Liam'em ! Założyłam sukienkę w kolorze purpurowym i czarne czółenka. Włosy zostawiłam rozpuszczone. Zadzwonił telefon. Myślałam, że to Liam, lecz się pomyliłam. Dzwonił lekarz.
-  Halo ?
- Dzień dobry, chciałem panią poinformować, że pani operacja odbędzie się jutro wieczorem.
- Tak szybko ?
- Tak, czy jest pani na to gotowa ?
- Tak ! Oczywiście ! Nie wiem jak mam panu dziękować.
- Nie musi pani, to był mój obowiązek. - Powiedział lekarz. Był bardzo życzliwy, nawet po jego głosie było to słychać.
- Dziękuję jeszcze raz. Do widzenia. - Powiedziałam i się rozłączyłam.
Po jakiejś godzinie przyjechał po mnie Liam. Spędziliśmy razem wspaniale czas. Byliśmy w kinie i w wesołym miasteczku, a na koniec chłopak zabrał mnie do restauracji. Teraz przechadzaliśmy się oświetloną aleją idąc w stronę mojego domu.
- Było wspaniale, dziękuję. - Powiedziałam.
- To ja dziękuję. - Liam przysunął się do mnie i objął w pasie. Zarzuciłam mu ręce na szyję. Chłopak mnie pocałował. Jego usta były takie delikatne i do tego ciepłe. Jego dłonie błądziły po moich biodrach.
Rozpływałam się w jego ramionach. Zapomniałam o całym świecie. Był tylko on i ja, i nasze usta toczące niesamowitą walkę namiętności. Gdy w końcu się od siebie oderwaliśmy powiedziałam dobranoc i weszłam do środka. To był najlepszy dzień w moim życiu. Nigdy go nie zapomnę.

 Kolejny dzień spędziłam razem z Liam'em, w moim mieszkaniu. Oglądaliśmy filmy, opowiadaliśmy różne historie i dużo się śmialiśmy. Wstałam aby przygotować nam deser : gorącą czekoladę z lodami. Nagle zrobiło mi się słabo i musiałam się przytrzymać blatu, zrzucając przy tym szklankę.
- Luna, coś się stało ?
- Nie nic. - Szybko odpowiedziałam i zabrałam się za sprzątanie szkła z podłogi. Zauważyłam kroplę krwi, lecz nie dostrzegłam na palcach żadnej rany. Kolejna kropla i kolejna. Krew leciałam z mojego nosa ! Już nie
kroplami tylko jak z kranu. Wzięłam papierowy ręcznik i przytknęłam do nosa. Znów zakręciło mi się w głowie. Upadłam i straciłam przytomność ostatnie co pamiętam to, to że Liam krzyczał moje imię i przybiegł do kuchni, po czym wezwał karetkę. Ogarnęła mnie nieobliczalna ciemność. Tu już nie było bólu, nie było strachu, tylko ciemna pustka, otchłań .

~~~~~~~~Oczami Liam'a~~~~~~~~~~

  Zadzwoniłem po karetkę. Bardzo się wystraszyłem gdy zobaczyłem Lunę na podłodze w kałuży krwi, lecz próbowałem zachować zimną krew. Gdy przyjechała karetka pojechałem razem z nimi. Na miejscu lekarz powiedział, że trzeba operować dziewczynę natychmiast i nie ma co zwlekać.
Siedziałem w poczekalni. Byłem bardzo niecierpliwy. Martwiłem się. To może się wydać głupie, ale ja się zakochałem. Zakochałem się w Lunie. Jest cudowna. Taka wesoła i uprzejma. Miała wiele trudności w życiu, lecz mimo to dawała radę. Jej rodzice zmarli jak była bardzo młoda i opiekę nad nią przejęła jej ciocia. Luna ma 19 lat i już jest strasznie samodzielna. Mieszka sama, pracuje, chodzi na studia. Z nią można porozmawiać o wszystkim. Życie nauczyło ją rozwagi i samowystarczalności. Podziwiam tą kobietę. Kocham ją, choć może wydawać się to dziwne, bo przecież znam ją parę dni. Dokładnie dwa.Serce nie wybiera.......

~~~~~~~Oczami Luny~~~~~~~~

 Pustka. Nic więcej. Ani czerni ani bieli, tylko sama nicość......
 Nagle coś zaczęło mnie ściągać na ziemię, jakaś niewidzialna siła, coś nieprzeniknionego i niewyczuwalnego. Poczułam, że żyję. Wzięłam jeden oddech, potem drugi i jeszcze kolejny. Powoli zaczęłam otwierać oczy. Światło. Tak bardzo boli. Po jakimś czasie się przyzwyczaiłam. Zauważyłam białe ściany, metalowe łóżka i szafki. Obok na krześle dostrzegłam śpiącego Liam'a. Ucieszyłam się na jego widok. Lekko trąciłam go ręką i wtedy zauważyłam, że mam podpiętą kroplówkę. Trąciłam go jeszcze raz. Obudził się zdezorientowany.
- Obudziłaś się ! - Powiedział trochę głośniej niż było to potrzebne. Uśmiechnęłam się, lecz gdy otworzyłam usta aby wydusić z siebie jakieś słowo uciszył mnie przykładając mi palec do ust.
- Nic nie mów, jesteś na pewno wyczerpana. Poczekaj zawołam lekarza. - Wyszedł, a ja tylko spoglądałam na drzwi. Po chwili wrócił z lekarzem. Opowiedział mi wszystko.......że operacja przeszła pomyślnie, lecz wystąpiły powikłania i byłam w śpiączce przez 4 dni. Słuchałam go uważne przez cały czas gdy mówił. Potem powiedział, że muszą przeprowadzić ostateczne badania i zostanę w szpitalu jeszcze na parę dni.

 Po pewnym czasie zostałam sama z Liam'em. Tak bardzo się cieszyłam, że tu jest. On jeden mnie rozumiał. Mnie i moje problemy. Kocham go. Nie wiem jak się to stało ale go kocham. Przy nim czuję się bezpieczna.
- Tak się cieszę, że nareszcie się obudziłaś śpiochu. - Nieznacznie się zaśmiałam. Moje gardło było wysuszone i bardzo piekło.
- Kocham cię. - Powiedziałam ledwo słyszalnym szeptem. Uśmiechnął się.
- Ja ciebie też, na zawsze. - Po moim policzku popłynęła łza szczęścia. Liam otarł ją koniuszkiem palca i złączył swoje usta z moimi. Teraz zaczynam nowe życie, nowe lepsze życie.......

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Yeyyy ^^ kolejne opowiadanie za nami :D przepraszam że tyle to trwało, ale szkoła i inne sprawy dały mi zbytnio czasu na napisanie czegokolwiek ;cc Mam nadzieję, że się podoba :D :**

wtorek, 8 lipca 2014

Uwierz w duchy

Do Chile sprowadziła się pewna rodzina. Żona z mężem i dwojgiem dzieci. Ich dom stał obok starego opuszczonego cmentarza. Sąsiedzi spragnieni nowości od razu poszli do rodziny na spotkanie. Gdy usiedli wszyscy razem jedna z sąsiadek, siwowłosa staruszka zaczęła opowiadać historię starego cmentarza. Mówiła ona, że każdej nocy równo po wybiciu północy po cmentarzu bąkają się dusze ludzi, którzy zginęli tragiczną śmiercią. Oczywiście małżeństwo uznało to za bajki, lecz rodzeństwo chciało się o tym przekonać osobiście, a dokładniej tylko Nina, ponieważ była to piętnastolatka odważniejsza niż jej młodszy brat Hugo, ale co się dziwić miał dopiero dziewięć lat. Pewnego wieczoru pan i pani Miller postanowili wybrać się gdzieś na tańce. Dzieci zostały same w domu. Nina uznała, że to dobry moment aby pójść na cmentarz. Jej brat smacznie spał w swoim pokoju, więc spokojna i pewna siebie wyszła. Wiał chłodny wiatr. Gdy była już przed bramą cmentarza drzewa zaczynały schylać się ku ziemi rozwiewane rześkim wiatrem, tak jakby chciały jej coś powiedzieć. „Nie teraz nie stchórzę”, pomyślała dziewczyna. Popchnęła starą, zardzewiałą bramę, która strasznie zaskrzypiała. „Nawet umarłego można by obudzić” po niemym wypowiedzeniu tego zdania zaklęła w myślach, że właśnie o tym pomyślała i to w takiej sytuacji. Za dwie minuty miała wybić dwunasta. Teraz już niepewnym, tak jak poprzednio, krokiem Nina ruszyła między nagrobkami. Chodziła tak przez chwilę po czym usiadła na jednym z nich. Nagle usłyszała czyjś śpiew, bardzo piękny i delikatny niczym chmura sunąca po niebie. Rozejrzała się i zobaczyła postać w białej zwiewnej sukni do ziemi. Siedziała na jednym z nagrobków. Miała blond włosy rozwiewane przez wiatr, błękitne oczy kolorem zbliżonym do morza i pełne czerwone usta snujące jakąś niebiańską melodię. Wyglądała jak anioł. Nina wpatrywała się w nią przez dłuższy czas, aż w końcu kobieta w bieli dostrzegła ją. Posłała jej uśmiech po czym rozpłynęła się w powietrzu. Dziewczyna natychmiast poderwała się z nagrobka na którym siedziała i obejrzała się, jej uwagę przykuły napisy na kamiennej płycie, o którą się wcześniej opierała, głosiły one: „Nina Miller, ur. 27.03.1999 zm. 30.06.2014, przyczyna śmierci: niewyjaśniona”. Dziewczyna zaczęła krzyczeć, lecz było już za późno, przed nią zmaterializowała się ta sama postać, która przed minutą śpiewała anielskie pieśni. Kobieta znów się uśmiechnęła.
- Nie będzie bolało. - Powiedział duch, po czym złapał dziewczynę za głowę i skręcił jej kark. Gdy rodzice wrócili do domu zastali przerażonego syna pod łóżkiem i napis krwią Niny na ścianie napisany i głoszący: „I co? Twoi rodzice już wieżą w duchy ? ”. Od tej pory mały Hugo chodził na cmentarz siadał na nagrobku gdzie rzekomo była jego siostra, ona zaś siadała obok niego, i godzinami słuchał jej śpiewu. W swych piosenkach żaliła się jaki to okrutny los ją spotkał, i że to wszystko przez własną głupotę. Gdy Hugo dorósł postanowił dołączyć do siostry i razem z nią śpiewać pieśni zakończenia. 



~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witam po dłuuuuugiej przerwie :* mam nadzieję, że się wam podoba :D 
czytasz = komentujesz ;)

niedziela, 11 maja 2014

Zła wiedźma

Zawsze byłam ciekawa co znajduje się w starym domu na ulicy Chapel Street. Chodziły pogłoski, że w czasie gdy posądzano kobiety o czary zginęła tam kobieta. Została spalona na stosie. Przed śmierciom powiedziała, że się zemści. Od tej pory legenda mówi, że gdy przodek zabójców kobiety przybędzie do tamtego domu, czarownica zabije go paląc na stosie, odcinając głowę i nabijając na pal. Od zawsze byłam przekonana, że to tylko bujda, lecz tej nocy ciekawość zabiła kota z tą różnicą, że jestem dziewczyną a nie kotem. Dzisiaj mam idealną okazję bo tej nocy jest Halloween. Chciałam żeby razem ze mną poszła moja przyjaciółka, ale gdy tylko o tym wspomniałam powiedziała, że jestem stuknięta, po czasie przekonywania w końcu się zgodziła. Umówiłyśmy się u mnie. Gdy przyszła oglądałyśmy filmy a potem poszłyśmy się przebrać. Nagle zadzwonił telefon.
- Nadszedł czas zemsty. - Usłyszałam w słuchawce. Pewnie ktoś sobie robi żarty w końcu to Halloween. Nic sobie z tego nie robiąc postanowiłam dokończyć przygotowania. Założyłam czarną obcisłą sukienkę, czarne trampki i kapelusz taki jak mają wiedźmy, potem 
umalowałam usta czarną szminką, a oczy na granatowo. Moja przyjaciółka przebrała się za zombie. Gdy byłyśmy gotowe, wyszłyśmy na zewnątrz i zmierzałyśmy w stronę starego domostwa. Zbliżając się poczułam niesamowity ból głowy, nie zwracałam na niego uwagi, bo wiedziałam, że zaraz przejdzie. Po chwili poczułam dziwne mrowienie na karku, takie gdy odczuwam w chwili gdy ktoś na mnie spogląda lub chamsko obserwuje. To nic. Zaraz będę na miejscu. Stanęłam razem z Milly przed dużym, obdartym w Wiktoriańskim stylu domem. Okna były powybijane. Podwórko wyglądało jakby zostało przekopane przez jakąś dużą maszynę budowlaną. Weszłyśmy poza zardzewiałą bramę. Obeszłyśmy dom dookoła. Coś bardzo przykuło moją uwagę, a mianowicie podłużna belka stojąca na podeście, na którym znajdowała się także lina i drewno. Wszystko wyglądało na nowe, a z drewna czuć było żywicę a to znaczyło, że zostało dopiero porąbane. Nagle drzwi z tyłu domu trzasnęły i usłyszałam krzyk Milly. Odwróciłam się. Przyjaciółka leżała na ziemi z podciętym gardłem a na jej oczach zastygł strach i zaskoczenie, zobaczyłam też w nich nutę złości tak jakby chciała mi powiedzieć „To wszystko twoja wina!”. Nad nią stała kobieta, po jej ubraniu, siwych włosach i budowie ciała można było stwierdzić, że ma około siedemdziesiąt lat. Głowę miała spuszczoną w dół a kapelusz na głowie zasłaniał górną część kaskady siwych, przetłuszczonych włosów. W ręce trzymała zakrwawiony nóż. Strach sparaliżował moje nogi. Nie wiedziałam co mam robić. Zaczęłam płakać ze strachu i lamentować po stracie przyjaciółki. Nagle kobieta spojrzała na mnie. Jej skóra na twarzy wyglądała jakby się stopiła od ognia, a oczy były całe czarne i przerażające. Na ustach kobiety igrał uśmiech, gdy je rozszerzyła ukazując zęby zobaczyłam podwójny rząd szpiczastych ubytków. Przeraziłam się jeszcze bardziej. W pewnym momencie z jej oczu zaczęła się sączyć krew.
- Już czas Amelio, córko Elizabeth i Alexandrosa, córko tych co myśleli, że mnie zniszczą. Ja Marry tej pamiętnej nocy wreszcie się zemszczę. - Wykrzyczała wiedźma. Stanęłam dęba. Co ona właśnie powiedziała? Przecież moi rodzice mają inaczej na imię, i właśnie wtedy to do mnie dotarło, jestem przodkinią tych co zrobili tę kobietę. Teraz to mnie czeka śmierć. Wiedźma błyskawicznie stanęła obok mnie i źgnęła nożem w brzuch. Nogi pode mną się ugięły i upadłam na ziemię. Po chwili poczułam jak ktoś mnie wlecze po ziemi, w stronę przygotowanego stosu. Zaczęłam się szarpać, ale nic to nie dało. Starucha przywiązała mnie do grubej belki i poustawiała dookoła drewno, po czym wszystko podpaliła. Moja sukienka zajęła się ogniem i zaczęła palić. Krzyczałam na całe gardło, lecz nikt mnie nie słyszał. Wołałam pomocy, ale to nic nie dawało, zaczęłam płakać. Teraz już nie ma ratunku. Przed śmierciom usłyszałam tylko śmiech wiedźmy.
Przez kilka tygodni rodzice szukali dziewczyny zawzięcie, lecz poszukiwania nie przynosiły skutków. Gdy postanowili pójść do starego domostwa, znaleźli tam ciało Milly i nabitą na pal głowę Amelii. Był to dla nich taki szok, że od tej pory jej rodzice potrzebowali stałej opieki psychologa aby nie popełnić samobójstwa. Tego właśnie chciała Marry, śmierci wszystkich przodków tych co w jej względach zawinili. Od tej pory co roku w Halloween o północy słychać krzyk i lament ginącej na stosie Amelii. Ludzie nie mają odwagi podchodzić do ruiny domostwa i unikają ją z całych sił, lecz w pobliżu nadal słychać chłodny i samotny płacz należący do Amelii. 



~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Pierwsze opowiadanie za nami :D mam nadzieję, że się podoba i obiecuję je dodawać częściej :** 
Czytasz = Komentujesz !!! ;)